Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 lipca 2013
Obowiązek wieczoru
Ze wszystkich okresów roku liturgicznego najbardziej lubię ... okres zwykły. Oczywiście, święta i uroczystości mają niezwykłą moc i urok, ale traktuję je raczej jako "deser" po treściwym posiłku okresu zwykłego. Nie jest trudno wejść w atmosferę świąt. To bardzo dobrze! W naszym domu skracamy regułę świadomie do minimum. Gramy w gry z dziećmi, odwiedzamy przyjaciół i rodzinę i przyjmujemy odwiedziny, przygotowujemy posiłki. Po prostu odpoczywamy w Bogu i myślę, że to jest bardzo dobre! Przecież święta to jakby wejście w wieczność, w ten "ósmy dzień", czas poza czasem.
Okres zwykły ma za to inną funkcję w naszym życiu: funkcję można by rzec diagnostyczną i rozwojową. Kiedy bowiem zaczyna się tzw. proza życia, kiedy wchodzimy w codzienne obowiązki, bardzo łatwo zdemaskować nasz stan ducha. Jeśli dni są szare, przeżyte w nudzie lub w pośpiechu od razu widać, że nie żyjemy "tu i teraz" miłością i ofiarą. Jeśli nie jesteśmy zanurzeni w Bogu, nie żyjemy w skupieniu wewnętrznym, życie staje się trudne: rozpoczyna się gonitwa, nieakceptacja tego, co właśnie przychodzi, wkrada się lęk. A przecież i w okresie zwykłym wieczność stoi u naszych drzwi. Pascha może się uobecniać w każdym czasie! Jeśli każda sekunda nie zostanie zakonsekrowana i nie zatętni miłością, zaczynamy żyć poza sobą i, co gorsza, poza Bogiem. Cisza nas stresuje, a samotność zaczyna ciążyć.
Jako członkowie WMU jesteśmy powołani do zjednoczenia oblubieńczego. Do tego powołany jest każdy z nas, niezależnie od płci i stanu. Nie można jednak poznać Oblubieńca jeśli się z Nim nie przebywa sam na Sam. Nie można usłyszeć Jego słów, jeśli się nie zamilknie. Nigdy nie będzie za dużo milczenia i samotności w naszym życiu, ponieważ to właśnie one są drogą i warunkiem zjednoczenia.
Chcemy żyć kontemplacyjnie i kontemplować życie, którym jest Bóg. Nie można jednak tego w sobie wyćwiczyć. Kontemplacja jest bowiem wlana, a raczej nieustannie wlewana przez Ducha świętego w nasze serca. Ten proces nie skończy się dopóki Bóg nie stanie się wszystkim we wszystkich, a więc w każdym z nas.
Na tym opieramy między innymi rozeznanie, jeśli chodzi o powołanie do naszej wspólnoty - gromadzi ona ludzi, którzy zostali wezwani i odpowiedzieli na to wezwanie. Odpowiedź może paść lub nie. A kiedy już padnie, można ją ponawiać lub poprzestać na tym co już się dostało. Odpowiadamy jednak życiem i decyzją, a nie słowem: "Pociągnij mnie, biegnijmy" to pieśń, którą można wyśpiewać tylko własnym życiem.
Nasze życie duchowe cechuje przemienność. Raz jest łatwiej, raz trudniej. Niekiedy jak na skrzydłach mkniemy ku ciszy, kiedy indziej cisza nas męczy, boimy się jej. To, co chcę nam wszystkich powiedzieć na początku tego okresu zwykłego to przestrzec nas przed legalizmem, który polega na wypełnianiu prawa (reguły) w naszej wspólnocie. Można bowiem tak sobie zorganizować dzień ( a tyczy się to zarówno małżonków jak i bezżennych), że będzie on po brzegi wypełniony. Szczególnie diagnostyczne są tu wieczory: co robimy wieczorami, co dzieje się w naszym wnętrzu kiedy zapada zmrok?
Niektórzy mają w sobie takiego "szachraja wewnętrznego", który sprawia, że wolą pomodlić się rano, a wieczorem mieć "czas dla siebie", dla pracy zawodowej lub rozrywek. Owszem modlitwa poranna jest niezwykle ważna, ale poranki "mniej bolą" gdy jesteśmy sami. Rano nasze głowy są pełne tego, co nas czeka, wyrywamy się już do zajęć i obowiązków. Nawet jeśli ktoś wstaje rano, aby się pomodlić, może nie wejść w milczenie wewnętrzne.
Wieczory natomiast są ze swej natury lepsze do wyciszenia, do wejścia w Bożą obecność, do wejścia w wewnętrzną celę. Miasto zaczyna się już uciszać. W domu można mniej mówić, w ciszy krzątać się po domu. Szczególnie wezwani do tego są bezżenni. Z tego punktu widzenia ich stan, trudny i może przejściowy, staje się szczególną łaską. Może właśnie i po to są bezżennymi ( nie tylko, ale i po to), aby pełniej i szybciej wejść w zjednoczenie. Zresztą wezwanie do wieczornej ciszy dotyczy także małżonków. Małżonkowie również mogą mniej mówić do siebie lub w ogóle zamilknąć w porze wieczornej, gdy dzieci już śpią (jeśli poczują się do tego zaproszeni).
Jeśli nie ma tego dążenia i nie odpowiadamy na wezwanie Ducha Świętego pojawia się nuda, znużenie, a może nawet i rozpacz. Stąd taki lęk przed cichymi wieczorami - staramy się je jakoś wypełnić: planujemy odwiedziny, jakieś wyjście, jakąś pracę, albo przynajmniej telewizję, radio lub video. Podczas gdy cisza wieczorna może się stać wielką łaską i przenosić się na cały dzień i nasze życie.
Tylko w milczeniu można odkryć, że samotność jest niezbędna, abyśmy mogli znaleźć drogę do Tego, Który nas zamieszkuje. Właśnie w tej ciszy Bóg zaczyna mówić, pociąga nas dalej, nie tylko wtedy gdy klęczymy, lecz gdy w milczeniu wykonujemy ostatnie porządki przed snem. Bóg pociąga nas dalej i dalej... Niektórych może pociągnąć na przykład do całkowitego wyrzucenia telewizji ze swego życia, innych może do dosłownego zamilknięcia jakiegoś dnia. Każdy usłyszy to wezwanie: małżonkowie i bezżenni, tylko musi słuchać.
Wezwanie Boga wymaga od nas odpowiedzi: a to jest najczęściej zerwanie, czyli asceza. Gdy nie odpowiadamy, Pan przestaje nas pociągać, owszem ciągle z nami jest, ale nie zadaje już pytania, które stawia tylko wybranym: "Czy miłujesz mnie więcej, aniżeli Ci?"
Zróbmy więc rachunek sumienia z wieczorów. Jak wyglądały nasze ostatnie wieczory? Czy się ich nie boimy, czy nie niszczymy łaski, która może się z nimi wiązać? Chciałbym tu dość mocno powiedzieć niemal o obowiązku wieczorów i samotności w naszej wspólnocie i zakończyć słowami Abby Mojżesza: " Pozostawaj w swej celi, a ona cię nauczy wszystkiego, co powinieneś wiedzieć".
Dla nas te słowa mogłyby brzmieć następująco: "Pozostań w swym domu, pokoju kawalerce wieczorami, zbyt pochopnie nie rezygnuj z samotności, ciszy i milczenia, które ci proponuje wieczór, a to wyciszenie nauczy Cię Wszystkiego"
Marcin Gajda
Źródło
czwartek, 23 maja 2013
Edukacja w domu
Niedługo kończą się wakacje. Zaczyna się
kolejny rok szkolny. Co przyniesie ze sobą, któż to wie? Od września
Nincia, Nelcia, Gabryś, Emiś, Pawełek, Ignaś rozpoczną szkołę w domu.
W naszej rodzinie przygoda z edukacją domową trwa już kilka lat. Każdy rok jest inny i w pewien sposób pozwala nam jeszcze bardziej wzrastać. To niesamowite, lecz ta pełna wspólnota rodzinna pokazuje nam, kim jesteśmy, że posiadamy niepowtarzalną i sobie właściwą duchowość, że niesiemy ze sobą dziedzictwo minionych pokoleń.
I tak jak w ciele, gdy boleje jeden z członków, odczuwają to wszystkie. Ciężko przeoczyć zmiany w najbliższych, nie dostrzec wzrostu, radości czy zmartwienia.
Jedna z mam, która po dwóch latach nauki szkolnej zdecydowała się na edukację domową, na egzaminach powiedziała: „Odzyskałam swoje dziecko”. Tak, to prawda, w ten sposób można je odzyskać. To takie rodzinne odkrycie, że dzieci niechodzące do szkoły mniej chorują, są radosne, mają więcej sił, nie są zainteresowane tym, co posiadają inni, i cieszą się swoimi rodzicami i rodzeństwem.
Proszę tylko nie myśleć, że to swoista sielanka – absolutnie nie. Edukacja domowa wymaga przede wszystkim od rodziców, a później od dzieci. To nieustająca praca nad sobą, nad przemianą naszego postrzegania czy myślenia. Samo życie w ten sposób przynosi wiele zmian, a co dopiero pełna konfrontacja z naszymi ukochanymi dziećmi. Wtedy właśnie można stwierdzić za Janem Pawłem II, że wychowywanie to wzajemne obdarzanie się człowieczeństwem.
W pewnym stopniu twierdzenie, że edukacja domowa to styl życia, znajduje swoje uzasadnienie w praktyce codzienności. Nauką staje się każdy dzień, sytuacja, spotkanie czy lekcja.
W naszej rodzinie przygoda z edukacją domową trwa już kilka lat. Każdy rok jest inny i w pewien sposób pozwala nam jeszcze bardziej wzrastać. To niesamowite, lecz ta pełna wspólnota rodzinna pokazuje nam, kim jesteśmy, że posiadamy niepowtarzalną i sobie właściwą duchowość, że niesiemy ze sobą dziedzictwo minionych pokoleń.
I tak jak w ciele, gdy boleje jeden z członków, odczuwają to wszystkie. Ciężko przeoczyć zmiany w najbliższych, nie dostrzec wzrostu, radości czy zmartwienia.
Jedna z mam, która po dwóch latach nauki szkolnej zdecydowała się na edukację domową, na egzaminach powiedziała: „Odzyskałam swoje dziecko”. Tak, to prawda, w ten sposób można je odzyskać. To takie rodzinne odkrycie, że dzieci niechodzące do szkoły mniej chorują, są radosne, mają więcej sił, nie są zainteresowane tym, co posiadają inni, i cieszą się swoimi rodzicami i rodzeństwem.
Proszę tylko nie myśleć, że to swoista sielanka – absolutnie nie. Edukacja domowa wymaga przede wszystkim od rodziców, a później od dzieci. To nieustająca praca nad sobą, nad przemianą naszego postrzegania czy myślenia. Samo życie w ten sposób przynosi wiele zmian, a co dopiero pełna konfrontacja z naszymi ukochanymi dziećmi. Wtedy właśnie można stwierdzić za Janem Pawłem II, że wychowywanie to wzajemne obdarzanie się człowieczeństwem.
W pewnym stopniu twierdzenie, że edukacja domowa to styl życia, znajduje swoje uzasadnienie w praktyce codzienności. Nauką staje się każdy dzień, sytuacja, spotkanie czy lekcja.
wtorek, 21 maja 2013
Dom rodzinny był fundamentem polskości
W ostatnim czasie dużo mówi się o konieczności wychowania
patriotycznego młodego pokolenia. Podkreśla się, że wzorem może być
wychowanie pokolenia przedwojennego zawartego w haśle „Bóg – Honor –
Ojczyzna”, które swą postawą w okresie wojny dało dowody umiłowania
Ojczyzny. Spróbujmy pokazać, jak etos młodzieży był kształtowany w przedwojennych czasach.
Istotne jest zrozumienie idei etosu i pokazanie, jaki on miał wpływ na kształtowanie się patriotyzmu. Pozwalam sobie zaprezentować pewne odczucia zapamiętane z przedwojennych czasów.
Patriotyzm Polaka kształtował się w rodzinie, w szkole, w środowisku oraz w Kościele. Słowa polskie wynieśliśmy z domu. To najwięcej matka, ojciec i rodzina uczyli nas polskiej mowy. To był pierwszy etap kształtowania naszej postawy patriotycznej. To dom rodzinny był fundamentem polskości. Język był piękny, prosty i czysty. Strofa W. Bełzy „Kto ty jesteś? Polak mały” była pierwszym naszym katechizmem. W wielu rodzinach wspólne czytanie „Trylogii” Henryka Sienkiewicza było dalszym poznawaniem polskiego języka i pierwszą lekcją patriotyzmu. Z tej lektury poznawaliśmy dzieje naszego narodu i jego bohaterstwo.
Zadania rodziców i rodziny nie ograniczały się jedynie do nauczania języka. Od pierwszych lat życia kształtowano w nas uczuciowość, wiarę i szacunek dla starszych i zmarłych.
Istotne jest zrozumienie idei etosu i pokazanie, jaki on miał wpływ na kształtowanie się patriotyzmu. Pozwalam sobie zaprezentować pewne odczucia zapamiętane z przedwojennych czasów.
Patriotyzm Polaka kształtował się w rodzinie, w szkole, w środowisku oraz w Kościele. Słowa polskie wynieśliśmy z domu. To najwięcej matka, ojciec i rodzina uczyli nas polskiej mowy. To był pierwszy etap kształtowania naszej postawy patriotycznej. To dom rodzinny był fundamentem polskości. Język był piękny, prosty i czysty. Strofa W. Bełzy „Kto ty jesteś? Polak mały” była pierwszym naszym katechizmem. W wielu rodzinach wspólne czytanie „Trylogii” Henryka Sienkiewicza było dalszym poznawaniem polskiego języka i pierwszą lekcją patriotyzmu. Z tej lektury poznawaliśmy dzieje naszego narodu i jego bohaterstwo.
Zadania rodziców i rodziny nie ograniczały się jedynie do nauczania języka. Od pierwszych lat życia kształtowano w nas uczuciowość, wiarę i szacunek dla starszych i zmarłych.
niedziela, 19 maja 2013
Przyjaciele domu. Sztuka wychowania w polskich rodzinach.
Dom katolickiej rodziny jest niczym gniazdo utkane z najczulszych starań matki i ojca, najbardziej przemyślanych decyzji rodzinnej strategii, w którym myśli się o przyszłości, obserwując uważnie własne dzieci. Zastanawia się nad ich predyspozycjami, możliwościami, talentami… Edukowanie dzieci w domach rodzinnych w Polsce przez cale stulecia było najbardziej naturalnym, oczywistym i najskuteczniejszym sposobem przekazywania wiedzy, gwarancją dobrego wychowania. Nie budziło sensacji — tak jak ma to miejsce dziś, ani podejrzeń („o co tym rodzicom chodzi, co im się nie podoba?”). Rodzice nie dawali sobie jeszcze wmówić, że istnieją osoby z definicji bardziej niż oni sami odpowiedzialne za rozwój ich dzieci. Nie zbijano ich z tropu pseudonaukowymi mądrościami i nie demoralizowano sloganami typu: „będzie się lepiej rozwijało”, „w domu same nudy”, „wy, rodzice, nie macie o pedagogice zielonego pojęcia” itp. Ani też nie wbijano im do głowy maksymy, że „wychować na dobrego obywatela” (dziś: na „wzorowego konsumenta”, ,„idealny trybik w maszynie”) może tylko szkoła państwowa, a ich, rodziców, obowiązkiem jest słuchać i nie dyskutować.
Jak więc wyglądało wychowanie dzieci i młodzieży, pod czujnym okiem rodziców, w tym najodpowiedniejszym i jedynym miejscu formowania dojrzałych charakterów i pełnych osobowości, jakim jest dom rodzinny?
piątek, 17 maja 2013
Rodzice edukują
W obrębie świata zachodniego funkcjonują dziś różne systemy
edukacji, które łączy to, że są antykatolickie nie tylko w sensie
religijnym, ale i kulturowym.
Katolik pragnący wychować swoje dzieci zgodnie ze wzorami wypracowanego przez wieki modelu edukacji katolickiej praktycznie ma z tym wielki problem, gdyż instytucje oświatowe są często podporządkowywane programom nauczania administracyjnie narzucanym z góry. W reakcji na ten stan rzeczy rozwinęła się już, głównie w Stanach Zjednoczonych, praktyka edukacji domowej, która w Polsce dopiero raczkuje.
– Przestrzeń publiczna, do której należy również system edukacji, jest nam, katolikom, dziś odbierana, często przy naszej milczącej zgodzie – wskazuje prof. Piotr Jaroszyński, główny inicjator XI już sympozjum z cyklu „Przyszłość cywilizacji Zachodu” zorganizowanego na KUL przez Katedrę Filozofii Kultury KUL, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Fundację „Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej” i Gilson Society (USA). – Trzeba wyjść z inercji i przystąpić do działania, zaczynając od własnego domu. Sposobem jest nauczanie domowe, międzyrodzinne, własne szkoły prywatne. Tu nie ma żartów, bo można łatwo stracić dzieci.
Katolik pragnący wychować swoje dzieci zgodnie ze wzorami wypracowanego przez wieki modelu edukacji katolickiej praktycznie ma z tym wielki problem, gdyż instytucje oświatowe są często podporządkowywane programom nauczania administracyjnie narzucanym z góry. W reakcji na ten stan rzeczy rozwinęła się już, głównie w Stanach Zjednoczonych, praktyka edukacji domowej, która w Polsce dopiero raczkuje.
– Przestrzeń publiczna, do której należy również system edukacji, jest nam, katolikom, dziś odbierana, często przy naszej milczącej zgodzie – wskazuje prof. Piotr Jaroszyński, główny inicjator XI już sympozjum z cyklu „Przyszłość cywilizacji Zachodu” zorganizowanego na KUL przez Katedrę Filozofii Kultury KUL, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Fundację „Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej” i Gilson Society (USA). – Trzeba wyjść z inercji i przystąpić do działania, zaczynając od własnego domu. Sposobem jest nauczanie domowe, międzyrodzinne, własne szkoły prywatne. Tu nie ma żartów, bo można łatwo stracić dzieci.
czwartek, 21 czerwca 2012
Władza w domu
Mąż powinien mieć w domu władzę. Tylko spokojnie. Uwaga! My mamy złe zakodowania związane ze słowem władza. Bo sprawujący władzę to dla nas władca, to taki ktoś, kto może pomiatać innymi, kto może kosztem innych się bogacić, oszukiwać, kraść. Wszystko może. Im wyższa władza, tym więcej może. Tak to mniej więcej w naszym kraju od wielu, wielu lat wyglądało i niestety jeszcze ciągle to trwa. Nie tak Chrystus powiedział, mówiąc o władzy i ważności: "Kto chce być pierwszy między wami, niech będzie najmniejszy i niech służy..." Mąż ma mieć władzę, to znaczy: żona ma pozwolić mężowi służyć rodzinie. Ma pozwolić mężowi w najlepszej wierze decydować o ważnych rzeczach w życiu rodziny. Kobiety nie umieją się z tym pogodzić, bo jest emancypacja, bo jest równouprawnienie, wobec tego: "ja nie będę rezygnowała z mojej władzy."
I co się dzieje? Mężowie uciekają z domów, chociażby psychicznie. Klasyczna sytuacja z poradni: "Proszę pana, mój mąż jest całkowicie nieodpowiedzialny". - "A co pani powierza odpowiedzialności swojego męża?" - "Pan mnie nie zrozumiał: on jest nieodpowiedzialny". - "A co pani mu powierza?" - "No, ja mu nic nie powierzam, nie mogę nic powierzyć". - "To jak on ma się stać odpowiedzialny!?" - My nie rodzimy się odpowiedzialni, my się stajemy odpowiedzialni. Jeżeli żona zacznie męża obciążać odpowiedzialnością za ważne decyzje w rodzinie, to on będzie myślał o tym, będzie się starał, wejdzie w sprawy rodziny i będzie mu na tym zależało. Jeżeli żona go od tego wszystkiego odepchnie, to on się z tego prędzej czy później zwolni. Będzie miał zadowolenie w pracy zawodowej, to będzie uciekał do pracy. Całe pieniądze odda żonie, ale każdą wolną chwilę będzie spędzał w pracy, bo tam jest ważny, tam od niego coś zależy, tam może decydować, a w domu żona i tak wszystko zrobi po swojemu.
I co się dzieje? Mężowie uciekają z domów, chociażby psychicznie. Klasyczna sytuacja z poradni: "Proszę pana, mój mąż jest całkowicie nieodpowiedzialny". - "A co pani powierza odpowiedzialności swojego męża?" - "Pan mnie nie zrozumiał: on jest nieodpowiedzialny". - "A co pani mu powierza?" - "No, ja mu nic nie powierzam, nie mogę nic powierzyć". - "To jak on ma się stać odpowiedzialny!?" - My nie rodzimy się odpowiedzialni, my się stajemy odpowiedzialni. Jeżeli żona zacznie męża obciążać odpowiedzialnością za ważne decyzje w rodzinie, to on będzie myślał o tym, będzie się starał, wejdzie w sprawy rodziny i będzie mu na tym zależało. Jeżeli żona go od tego wszystkiego odepchnie, to on się z tego prędzej czy później zwolni. Będzie miał zadowolenie w pracy zawodowej, to będzie uciekał do pracy. Całe pieniądze odda żonie, ale każdą wolną chwilę będzie spędzał w pracy, bo tam jest ważny, tam od niego coś zależy, tam może decydować, a w domu żona i tak wszystko zrobi po swojemu.
czwartek, 29 marca 2012
Rodzina zastępcza - nowa rodzina!
Rodzina zastępcza, to rodzina, która przejmuje opiekę nad dzieckiem, jego biologiczni rodzice są nieznani bądź pozbawieni władzy rodzicielskiej lub którym ograniczono władzę rodzicielską.
Rodzina zastępcza może być ustanowiona także dla dziecka, które mogłoby zostać adoptowane (nie ma przeszkód natury prawnej), ale z różnych przyczyn nie udaje się znaleźć dla niego rodziny adopcyjnej.
poniedziałek, 12 marca 2012
Istotny cel małżeństwa
"Mąż żonie niech oddaje powinność, tak samo zaś i żona mężowi"? (1 Kor 7, 3)
Z chwilą zawarcia małżeństwa zaczyna się wspólne małżonków pożycie, a cel tego pożycia jest trojaki; najpierw: przymnożenie czcicieli Bogu, według tego, co rzekł Stwórca do pierwszej małżeńskiej pary: "Rośnijcie i mnóżcie się"? (Rdz 1, 28); następnie: wzajemna pomoc, udział we wszystkich korzyściach, jakie daje życie we dwoje, gdyż Pismo św. wyraźnie nazywa niewiastę "pomocą"? dla mężczyzny (Rdz 2, 18). Wreszcie, gdy po grzechu pierworodnym obudziły się w człowieku zmysłowe żądze, okazał się trzeci cel małżeństwa: przyjście ludziom z pomocą w ich słabości i ten cel miał na myśli św. Paweł, gdy pisał: "Lepiej jest w małżeństwo wstąpić, niżeli być palonym"? (1 Kor 7, 9).
Wszyscy, co wstępują w związki małżeńskie, wiedzą dobrze o tym trojakim celu małżeństwa; tylko wielu samowolnie narusza porządek, przez Boga ustanowiony, i to, co jest na pierwszym miejscu: otrzymanie potomstwa przenosi na ostatnie, a to co jest na ostatnim: uśmierzenie ciała stawia na pierwszym; a przez takie naruszenie porządku Bożego, życie wielu małżonków staje się nieuczciwym i grzesznym.
Z chwilą zawarcia małżeństwa zaczyna się wspólne małżonków pożycie, a cel tego pożycia jest trojaki; najpierw: przymnożenie czcicieli Bogu, według tego, co rzekł Stwórca do pierwszej małżeńskiej pary: "Rośnijcie i mnóżcie się"? (Rdz 1, 28); następnie: wzajemna pomoc, udział we wszystkich korzyściach, jakie daje życie we dwoje, gdyż Pismo św. wyraźnie nazywa niewiastę "pomocą"? dla mężczyzny (Rdz 2, 18). Wreszcie, gdy po grzechu pierworodnym obudziły się w człowieku zmysłowe żądze, okazał się trzeci cel małżeństwa: przyjście ludziom z pomocą w ich słabości i ten cel miał na myśli św. Paweł, gdy pisał: "Lepiej jest w małżeństwo wstąpić, niżeli być palonym"? (1 Kor 7, 9).
Wszyscy, co wstępują w związki małżeńskie, wiedzą dobrze o tym trojakim celu małżeństwa; tylko wielu samowolnie narusza porządek, przez Boga ustanowiony, i to, co jest na pierwszym miejscu: otrzymanie potomstwa przenosi na ostatnie, a to co jest na ostatnim: uśmierzenie ciała stawia na pierwszym; a przez takie naruszenie porządku Bożego, życie wielu małżonków staje się nieuczciwym i grzesznym.
piątek, 24 lutego 2012
Kościół domowy w mysli Jana Chryzostoma
Ks. Józef Naumowicz
Kościół domowy w myśli Jana Chryzostoma
Określenie rodziny jako „Kościoła domowego”
upowszechnił Sobór Watykański II, a następnie Jan Paweł II. Wywodzi się ono
jednak z tradycji wczesnochrześcijańskiej i ma głębokie podłoże biblijne.
Bardzo wcześnie bowiem zrodziła się idea, aby porównywać ze sobą dom rodzinny
i Kościół, albo też, by w chrześcijańskiej rodzinie odnajdywać cechy
istotne dla Kościoła. Pozwalało to określić wartość tej podstawowej wspólnoty,
która obejmowała rodziców i dzieci, a w starożytności – często także krewnych
oraz służących.
Naukę tę rozwijał zwłaszcza św. Jan Chryzostom,
który działał jako kapłan w Antiochii (386-97), a potem był biskupem
Konstantynopola (397-407). Z zapałem pisał on o wartości rodziny. Kierował się
niezwykłym wyczuciem teologicznym i duszpasterskim. Pewną rolę odegrało również
jego osobiste doświadczenie, w dzieciństwie zaznał on bowiem ciepła rodziny, a
także poznał jej wartość w kształtowaniu wiary. Podstawy teoretyczne jednak
czerpał przede wszystkim z Biblii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)